Kościół poślubiony światu

W warunkach, jakie nastały za Konstantyna, bycie chrześcijaninem zaczęło popłacać. Bardzo szybko okazało się, że aby zająć prestiżowe stanowisko, zrobić karierę polityczną, finansową czy nawet wojskową, korzystnie jest uczęszczać do jednego z wyrastających jak grzyby po deszczu nowych kościołów. Im więcej powstawało tych nowych budowli, tym liczniej tłoczyli się w nich świeżo „nawróceni", tyle że dla własnej korzyści i zwyczajnej wygody

Zepsucie szybko dosięgło szczytu Kościoła. Najlepiej płatne, wiążące się z  największymi wpływami i świeckim prestiżem urzędy w Imperium powiązano z pozycją w hierarchii Kościoła. Konstantyn popierał rozwój systemu eklezjalnego, który mógł później wykorzystać w służbie Imperium. „Kariera" w Kościele stała się atrakcyjna dla ambitnych ludzi chcących realizować swoje plany nie w świecie przyszłym, ale doczesnym.

Wielu, którzy wspięli się na najwyższe stopnie hierarchii Kościoła, było doskonałymi politykami, którzy świetnie opanowali terminologię chrześcijańską i znakomicie umieli posługiwać się nią do swoich celów, lecz nie mieli pojęcia o żywej relacji ze zmartwychwstałym Chrystusem. Jak napisał Will Durant w książce „Historia Cywilizacji" (Story of Civilization), rzymska religia pogańska „przepłynęła jak matczyna krew w tę nową religię i zdobyty Rzym opanował swojego zwycięzcę. Gdy chrześcijaństwo podbijało świat - świat zdobył chrześcijaństwo" Ten tragiczny komentarz dotyczy narodzin rzymskiego katolicyzmu, który odtąd będzie dominującym wyznaniem chrześcijańskim na arenie dziejów.

Kościół miał być oblubienicą Chrystusa, z utęsknieniem wyczekującą powrotu Oblubieńca i zabrania do nieba Jednak upływ lat zrobił swoje i w końcu zmęczona narzeczona uległa natarczywym zalotom, zamiast Jezusa poślubiając świat. Wkrótce Kościół rzymski, zajęty budowaniem ziemskiego królestwa, nad którym będzie panować w cudzołożnym związku z królami i cesarzami, zapomniał o błogosławionej nadziei i zaczął uważać się za prawowitego następcę ludu wybranego przez Boga na ziemi, czyli Izraela. Zastanawiające napomnienie Pana pokrył grubą warstwą kurz zapomnienia:

"Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą, i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje." (Mt 6,19-21).

Kościół, nieposłuszny swojemu Panu, stał się najbogatszą instytucją świata, o której chwale i potędze miały świadczyć ziemskie skarby. Wiele spośród nich uzyskano ze sprzedaży zbawienia. Każdy grzech miał swoją cenę „odpuszczenia". Im więcej było grzechów i im były one cięższe, tym bogatszy stawał się Kościół rzymski. Krzyże, które miały przedstawiać ofiarę Chrystusa, i ołtarze, na których rzekomo ją powtarzano, pokrywano złotem. Biskupi, kardynałowie i papieże, choć twierdzili, że dziedziczą swoją godność po bosych rybakach-apostołach, wiedli życie, które nie przystoi nawet świeckim władcom. Upadek Kościoła, zainicjowany przez Konstantyna, pogłębiał się przez stulecia, dając w efekcie znany nam dziś katolicyzm. W czasie tzw. ciemnych wieków i w następnych stuleciach Kościół rzymski był uznawany przez władze świeckie za jedyny prawdziwy Kościół chrześcijański.

Papieże mieli swoje armie, brali udział w wielu wojnach (czasami jeden przeciwko drugiemu), zawierali polityczne przymierza z książętami, królami i cesarzami, nad którymi stopniowo przejmowali władzę. Nawet cesarze lękali się groźby ekskomuniki papieskiej, gdyż tylko heretycy wierzyli, że można uzyskać zbawienie nie należąc do zinstytucjonalizowanego kościoła. Ekskomunika oznaczała wieczne potępienie bez żadnej nadziei ratunku, to zaś dawało Kościołowi rzymskiemu władzę niemal absolutną.


Rzym stał się Wielkim Miastem mającym władzę królewską nad królami ziemi (Ap 17,18). Jego potęga nie opierała się na zasobach militarnych, gdyż z czasem utracił swoje legiony. Rzymska władza nad światem polegała na wszechobecności religijnej hierarchii, twierdzącej, że to w jej wyłącznym posiadaniu zdeponowano klucze do Królestwa Niebios, które Piotr otrzymał od samego Jezusa (por. Mt 16,19 BW). Przez stulecia Rzym był potęgą zakulisowo oddziałującą na świeckie rządy i na tyle wpływową, by polecać im niszczyć tych, których uznawał za heretyków. Dlatego współczesny Kościół rzymski nie bez podstaw wypiera się odpowiedzialności za śmierć ofiar niesławnej Inkwizycji, ponieważ egzekucje były rzeczywiście w większości przypadków wykonywane na rozkaz świeckich władców.

Jezus nie miał już po co wracać.

Utrzymując, że Konstantyn przekazał swoją władzę Kościołowi rzymskiemu, papieże żelazną ręką sprawowali rządy nad tym, co uważali za Królestwo Boże na ziemi. Do dziś noszą oni dumnie trzy religijne tytuły Konstantyna: Pontifex Maximus, Vicarius Christi i Biskup Biskupów.


Papieże z początku twierdzili, że tytuły te wraz z władzą cesarską zostały im nadane przez samego Konstantyna. Aby uzasadnić te roszczenia, Kościół rozpowszechnił dokument znany jako Donacja Konstantyna. Jednak dziś nawet historycy katoliccy uznają go za celowe fałszerstwo. Już sam fakt, że taki dokument był niezbędny do uzasadnienia swoich roszczeń, jest niezbitym dowodem, iż doktryna papieskiej sukcesji, na której dzisiejsi papieże opierają swój autorytet i roszczenie praw do zwierzchności duchowej, jest znacznie późniejszą koncepcją.

Dzisiejszy Kościół rzymsko-katolicki nie zna nauki o Pochwyceniu. I nie może jej znać, ponieważ zaprzecza jej dwoma spośród swoich dogmatów: nauką o czyśćcu i nauką o odpustach. Nawet istniejące nieprzerwanie przez stulecia stosunkowo nieliczne niezależne grupy ewangelicznie wierzących, uporczywie prześladowane przez Rzym, również w większości straciły nadzieję na Pochwycenie.

Wierny katolik w zależności od tego, jak wiele wycierpiał w tym życiu, ile dobrych uczynków spełnił, ile uzyskał odpustów, musi jeszcze spędzić niedający się bliżej określić i zróżnicowany w zależności od przypadku czas w czyśćcu, cierpiąc za swoje grzechy, za które Chrystus także cierpiał na krzyżu. To niebiblijne nauczanie zaprzecza obietnicy Pisma: "...najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie, potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana; i tak zawsze będziemy z Panem."(1 Tes 4,16-17).

Z punktu widzenia katolickiej Tradycji równoczesne pochwycenie zmartwychwstałych umarłych w Chrystusie i wszystkich żyjących biblijnie wierzących jest niemożliwe. Jest tak, gdyż męki czyśćcowe wszystkich zmarłych nie mogłyby dobiec końca w tej samej chwili, bez uwzględnienia wagi ich grzechów na ziemi, z kolei żywi zabrani w Pochwyceniu w ogóle nie mogliby trafić do czyśćca.

Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie

["A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, żebyście, gdzie ja jestem, i wy byli."]

Reformacja niewiele zrobiła, aby przywrócić wiarę w tę nadal aktualną obietnicę Chrystusa: przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie (J 14,3), zagadnienie to nie było głównym przedmiotem zainteresowania reformatorów. Generalnie Kościoły luterańskie czy prezbiterianie w ogóle przeczą idei Pochwycenia lub poświęcają jej tylko marginalną uwagę. Bezpieczniejsze wydaje się unikanie tematów budzących niegdyś tak wiele emocji. Twierdzi się z ironią, że najlepszym dowodem braku podstaw biblijnych dla nadziei rychłego Pochwycenia jest to, iż jak dotąd Jezus jeszcze nie powrócił.


Na nieszczęście kiedy w przeciągu ostatnich dwóch stuleci błogosławiona nadzieja powrotu Chrystusa co jakiś czas się odradzała, towarzysząca temu nieraz egzaltacja prowadziła do wyznaczania dokładnych dat, kiedy miałby on nastąpić, wskutek czego cała idea stała się przedmiotem powszechnych drwin i szyderstw. Ileż to razy fatalnie zwiedzeni gorliwcy wystawali w białych szatach na szczytach wzgórz i dachach domów, a pozbywszy się dobrowolnie swoich ziemskich majętności oczekiwali nadejścia Mesjasza o konkretnym czasie. Ten naiwny fanatyzm rodził gorzkie rozczarowanie i wstyd, rozwiewał złudzenia i doprowadził do sceptycyzmu, z jakim traktuje się dziś naukę o Pochwyceniu.

Fragment z książki D. Hunta „Jak blisko jesteśmy” czyli: Co proroctwa biblijne mówią na temat powtórnego przyjścia Pana Jezusa Chrystusa. Źródło: http://www.tiqva.pl/jak-blisko-jestesmy

Komentarze

Popularne posty