Nigdy was nie znałem...

„...jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani i stali, i nie zachwiejecie się w nadziei, opartej na Ewangelii, którą usłyszeliście, która jest zwiastowana wszelkiemu stworzeniu pod niebem, a której ja, Paweł, zostałem sługą” (Kol 1,23; BW).

Pewien czytelnik napisał do nas: „Odstępstwo wyraźnie przybiera na sile. Coraz trudniej nam wierzyć, że kto raz został zbawiony, zbawionym pozostanie”. Czy prawdziwy chrześcijanin może dać się zwieść - czy też raczej osoba taka nigdy zbawioną nie była? Jedynie Bóg zna serce człowieka: „Zna Pan tych, którzy są Jego” (2 Tym 2,19). My nie jesteśmy w stanie osądzać serc. Musimy natomiast osądzać słowa, nauczanie i postępowanie. „Proszę was jeszcze, bracia, strzeżcie się tych, którzy wzniecają spory i zgorszenia przeciw nauce, którą otrzymaliście. Strońcie od nich” (Rz 16,17; BT); „Tych, którzy grzeszą, strofuj wobec wszystkich, aby też inni się bali” (1 Tym 5,20; BW); „Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie” (2 J 10); „...przypomnę uczynki jego, że złośliwymi słowami nas obmawia...” (3 J 10). Niezbędne w kościele poprawianie wymaga, abyśmy osądzali słowa, naukę i czyny.

Po prostu trzeba się dostosować

Traktujemy tę odpowiedzialność z powagą. W styczniowym numerze [z 1996 roku] wspominaliśmy o książce ,,The Gospel According to Judas" (mowa jest o książce ,,The Gospel According to Judas: Is There a Limit to God's Forgiveness?" Ray S. Anderson. Przyp. red.). Niektórzy nasi Czytelnicy napisali do wydawcy - NavPress - który przyznał, że „wydanie tej książki było błędem” i zniszczył pozostały jej nakład. Ciekawy jestem, w jaki sposób wydawca zawiadomi o szkodliwości książki tych, którzy już zdążyli ją kupić, jak zachowa się jej autor (pastor!) i jakie konsekwencje wyciągnie wobec niego uczelnia, na której wykłada.

"Ewangelia według Judasza", to nie jedyny przykład herezji, jaką w ostatnich czasach zaserwowało nam NavPress, będące wciąż podobno w rękach ewangelikalnych chrześcijan. Wiele dużych wydawnictw chrześcijańskich zostało już wykupionych przez świeckie spółki, które złakomiły się na ten dochodowy segment rynku. Prawda, zdrowa nauka i ewangelizacja - niegdyś dla tych wydawnictw najważniejsze - muszą dziś ustąpić przed prognozą zysków. Jeszcze gorzej jest w branży muzycznej. Świeckie mass media kąśliwie drwią z chrześcijańskiego rynku księgarsko-muzycznego, „gdzie Bóg i mamona przestają ze sobą bez uprzedzeń i na przyjaznej stopie”:

,,...neurotyczne lata dziewięćdziesiąte przeformatowały niezmienne Słowo Boże. [...] Każda większa chrześcijańska firma nagraniowa jest dziś w posiadaniu jakiegoś świeckiego konglomeratu, jak Warner Brothers, Sony czy EMI."

W wielu kościołach dzieje się niedużo lepiej. Pożądanie popularności i przyrostu liczebnego może się okazać równie niszczące jak żądza zysku. Newsweek rozsądnie zauważa:

,,Celem [...] jest przyciągnięcie pokolenia wielkiego wyżu demograficznego [baby boomers] z powrotem do kościoła, a to poprzez życzliwe przyjmowanie każdego bez względu na przekonania [...] historyczne denominacje obumierają być może dlatego, że porzuciły swą teologiczną czystość. Jeszcze jednak gorsze może się okazać powstanie nowego establishmentu protestanckiego, który odniesie sukces właśnie dlatego, że o czystość tę nigdy nie dbał ".

Ronald Potter, czarny profesor teologii, pisze: „Zbyt wielu czarnych chrześcijan cierpi na swoisty analfabetyzm teologiczny i biblijny, bo w kościołach ich podkreśla się raczej uczucia niż naukę. Wskutek tego łatwo padają ofiarą pomysłów Farrakhana. [...] Niektórzy czarni duszpasterze praktykują tzw. nowy radykalizm, ponad poszukiwanie i głoszenie prawdy stawiając lojalność rasową”. Jeden świecki felietonista bez szczególnych sympatii dla chrześcijaństwa pisze z obrzydzeniem:

"Oto dosłowny cytat słów, które powiedział mi główny pastor pewnego zboru prezbiteriańskiego, liczącego półtora tysiąca członków: „Po prostu trzeba się dostosować... mówić te słodko brzmiące rzeczy, których chcą słuchać, nie denerwować nikogo biblijną czy religijną uczonością. Popatrz na ten piękny kościół, jaki zbudowałem, dodaj wszystkie pieniążki, darmowy golf i członkostwo w klubie golfowym, pokaźną pensję...” Przerwałem mu: „Jack, jesteś żałosny. Ty jesteś łajdak. To w tobie cały szkopuł”."

"Nie z uczynków sprawiedliwości, które my spełniliśmy,
ale według swego miłosierdzia zbawił nas"


Zbawienie jest „nie dla uczynków sprawiedliwości” (Tt 3,5). Słowa człowieka nie zawsze dowodzą, że jest on bądź nie jest zbawionym. Niezbawiony Gandhi nieraz robił wrażenie swymi dobrymi czynami, podczas gdy prawdziwy chrześcijanin (jak choćby koryncki wierzący, który współżył ze swą macochą) nieraz zniża się nieopisanego zła. Lecz prawdziwy chrześcijanin skruszy się i przyjmie napomnienie. Prawdziwie zbawieni zostali „stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków” (Ef 2,10) i ich postawę powinno cechować podobieństwo do Chrystusa. Ale teoretycznie możliwe jest, iż jakiś chrześcijanin nie będzie się mógł poszczycić przed trybunałem Chrystusa ani jednym dobrym uczynkiem:

,,A czy ktoś na tym fundamencie wznosi budowę ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy, to wyjdzie na jaw w jego dziele; dzień sądny bowiem to pokaże, gdyż w ogniu się objawi, a jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. Jeśli czyjeś dzieło, zbudowane na tym fundamencie, się ostoi, ten zapłatę odbierze; jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten szkodę poniesie, lecz on sam zbawiony będzie, tak jednak, jak przez ogień" [1 Kor 3,12-15].

We wszystkich swych listach upominających apostoł Paweł nigdy nie oskarżał adresatów nagany o utratę zbawienia. Wprawdzie o Galacjanach wyraził się: „...jestem, gdy o was chodzi, w rozterce” (Gal 4,20); rozterka ta wynikała jednak nie z braku ich uczynków, lecz z ich błędnych wierzeń. Co więcej, to właśnie ich ufność w uczynki (zachowywanie prawa) jako dodatek do wiary w Chrystusa skłoniła Pawła do wątpienia o ich zbawieniu!

powiedział też, że z radością pobłogosławił różaniec...

Chrystus umarł, by zbawić grzeszników; apostołowie oddali życie Ewangelii, miliony męczenników ginęły, aby zachować czystość nauki. Dziś nawet kościół kpi sobie z prawdy, i to w imię Chrystusa! Przedstawiciele kościołów rzymskokatolickiego, luterańskiego, episkopalnego, baptystycznego w Ameryce, Zjednoczonego Chrystusowego, Zjednoczonego Metodystycznego i prezbiteriańskiego przeprosili Indian za przekazanie im Ewangelii! „Drodzy Bracia i Siostry! To oficjalne przeprosiny [...] za zniszczenie tradycyjnych indiańskich praktyk duchowych. Prosimy was o przebaczenie i błogosławieństwo. Duchowa moc waszej religii mogła była się dla nas okazać wielkim darem”. Zjednoczony Kościół Kanadyjski żali się: „Nasz chrześcijański wizerunek Boga jest zniekształcony i zamazany. Zamknęliśmy się na piękno waszej duchowości. Prosimy, przebaczcie”.

Czy możemy wyobrazić sobie Jezusa, który przeprasza, że umarł za grzechy świata i że jest jedynym Zbawcą? Albo Pawła, który przeprasza Żydów, Greków i Rzymian, że pozyskał ich dla Chrystusa? Jakże haniebnie przywódcy „chrześcijańscy” tak łatwo rezygnują z Ewangelii, zarazem nie chcąc zrezygnować z częstowania Trzeciego Świata swymi grzesznymi namiętnościami! Nawet prasa świecka nie umie się pogodzić z taką obłudą:

,,Pilnuj swoich synów, Zimbabwe - nadchodzi Światowa Rada Kościołów! Przywództwo Rady zabezpieczyło sobie ugodę, na mocy której homoseksualiści biorący udział w jej konferencji w Harare w 1998 roku będą mogli bezkarnie zaspokajać swe pożądliwości. W tym państwie afrykańskim praktyki homoseksualne są zabronione i karane rokiem więzienia. [...] Nader oburzyło to delegatów na konferencję, zdaniem których do sodomii - według tradycyjnego chrześcijaństwa grzechu wołającego o pomstę do nieba - człowiek ma święte prawo. Obawiając się, aby konferencja - a wraz z nią pokaźny zarobek dla kraju - nie przeniosła się w inne miejsce, Zimbabwe zgodziło się na złagodzenie swojego prawa...

W innych okolicznościach Rada z pewnością potępiłaby „imperializm kulturowy”, przejawiający się w żądaniu od państwa Trzeciego Świata, aby zmieniło swoje prawo wedle gustów przybyszów. Czyż frywolni duchowni po całodniowej debacie na temat ubóstwa nie mogliby wieczorem popraktykować choć trochę wstrzemięźliwości? "

Niemoralność jest nieuchronnym skutkiem kompromisu w sprawie prawdy biblijnej, gardzenia zdrową nauką i odrzucania Ewangelii, a to właśnie cechuje kościoły zrzeszone w Światowej Radzie Kościołów. Należy do niej m.in. największy kościół luterański w USA: Ewangeliczny Kościół Luterański Ameryki (ELCA), który bezwstydnie umieścił w swojej nazwie przymiotnik „ewangeliczny”. David W. Cloud relacjonuje udział w nabożeństwie wprowadzającym na urząd nowego biskupa tego kościoła. Nabożeństwu przewodniczył biskup naczelny ELCA Herbert Chilstrom, który według relacji Clouda „mówił o ochronie środowiska i pacyfizmie”, a obecnych na nabożeństwie katolików, prawosławnych i ortodoksyjnych Żydów określał mianem „części Chrystusa na mocy chrztu”. „...powiedział też, że z radością pobłogosławił różaniec [...] nie wspomniał jednak w swym kazaniu o krzyżu, krwi czy ofierze przebłagalnej Jezusa Chrystusa”. Zaprezentował jedynie „fałszywą ewangelię o sakramentach kościelnych i uniwersalizmie [...] która podążających za nią doprowadzi jedynie do wiecznego Piekła”. Cloud pisze następnie:

,,Całe to przeżycie było bardzo smutne i przygnębiające dla mego ducha, kiedy patrzyłem na przepych, uroczysty nastrój, pozory pobożności, przybrane przed nabożeństwem podobnie, jak kobieta nakłada makijaż. [...] Nie sterczał niepotrzebnie ani jeden włosek, żaden z dwu chórów ani razu nie zaśpiewał fałszywie, a potężne organy wydawały z siebie dźwięk bez zarzutu [...] [lecz wszystko] sprzeciwiało się Słowu Bożemu..."

Nigdy was nie znałem

Pan ostrzegł, że choć wielu będzie dowodzić, iż prorokowało, wyrzucało demony i czyniło cuda w Jego imię, to jednak nie znajdą się oni w niebie. Nie twierdzi On jednak, że stracili oni swe zbawienie, lecz że nigdy do Niego nie należeli: „Nigdy was nie znałem” (Mt 7,23)! Jakąż wagę mają te słowa w ustach Tego, który powiedział przecież: „...znam swoje owce, i Moje Mnie znają” (J 10,14)! Skoro Chrystus nigdy nie znał tych „przywódców chrześcijańskich”, to znaczy, że nigdy do Niego nie należeli! Bez wątpienia nasze zbawienie nie ma nic wspólnego z uczynkami, choćby były one wspaniałe i dobre, lecz zależy od wiary w Ewangelię.

Nadzieja

Zbawienie jest „przez wiarę” (Ef 2,8; 1 P 1,5; 1 J 5,13; Rz 1,16). Z tego wynika ważność nauki; dlatego Jan jasno oznajmia: „Kto się [...] nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga” (2 J 9). Apostoł Paweł powiedział: „Uwierz [zawierz się całkowicie] w Pana Jezusa [w to, kim jest i co uczynił dla twojego zbawienia], a będziesz zbawiony...” (Dz 16,31). Sam Chrystus powiedział: „Kto wierzy we Mnie, ma żywot wieczny” (6,47) i „nie stanie przed sądem, lecz przeszedł ze śmierci do żywota” (J 5,24). Komu brak pewności, ten nie uwierzył w Chrystusa.

Skoro jednak możemy mieć absolutną pewność, że w chwili śmierci nasza dusza i duch „wyjdą z ciała i zamieszkają u Pana” (2 Kor 5,8), w jakim celu używa się słowa „nadzieja”? Otóż nadzieja nie musi wiązać się z niepewnością. Nawet definicje słownikowe podają jej znaczenie jako „pewność co do jakiegoś przyszłego wydarzenia; najwyższy stopień uzasadnionego oczekiwania”. Paweł tłumaczy: „...nadzieja, którą się ogląda, nie jest nadzieją, bo jakże może ktoś spodziewać się tego, co widzi? A jeśli spodziewamy się tego, czego nie widzimy, oczekujemy żarliwie, z cierpliwością” (Rz 8,24-25); mówi też o „nadziei żywota wiecznego, przyobiecanego przed dawnymi wiekami przez prawdomównego Boga” (Tt 1,2). Cóż może być pewniejszego?!

Pismo określa Bożą obietnicę jako niewzruszoną, czyli niezmienną; Bóg nawet potwierdził ją przysięgą, przysięgając na samego Siebie! Stąd „nadzieja zbawienia”, jaką żywi człowiek wierzący, nie jest bynajmniej niepewna, lecz jest „kotwicą duszy”. Rozważmy starannie i uwierzmy w absolutną pewność obietnicy Bożej:

,,...Bóg, chcąc wyraźniej dowieść dziedzicom obietnicy niewzruszoności swego postanowienia, poręczył je przysięgą, abyśmy przez dwa niewzruszone wydarzenia, co do których niemożliwą jest rzeczą, by Bóg zawiódł, my, którzy ocaleliśmy, mieli mocną zachętę do pochwycenia leżącej przed nami nadziei. Jej to trzymamy się jako kotwicy duszy, pewnej i mocnej, sięgającej aż poza zasłonę..." [Hbr 6,17-20].

Ci protestanci, którzy zaprzeczają nauce o wiecznym bezpieczeństwie wierzących, pogardliwie nazywanej „raz zbawiony, na zawsze zbawiony”, chcąc nie chcąc podpisują się pod kardynalną doktryną katolicyzmu, która rozsadza od środka dzieło Reformacji. Żaden katolik nie może mieć pewności zbawienia. Dlatego odmawia się modlitwy i odprawia msze za zmarłych. Nawet spowiedź wobec księdza czy odpusty proponowane przez Kościół nie zdadzą się na wiele, bo otrzymawszy dzięki nim odpuszczenie grzechów zawsze stoimy przed groźbą popełnienia kolejnego grzechu śmiertelnego (na przykład opuszczenia niedzielnej mszy). A popełniwszy go, znów stajemy przed przerażającą perspektywą ognia piekielnego.

Kardynał Król, stojący niegdyś na czele milionowej populacji filadelfijskich katolików, wyznał dziennikarzowi Philadelphia Inquirer, iż największym jego zmartwieniem jest „moje zbawienie, kwestia pójścia do nieba”. Kardynał Ratzinger, najwyższy autorytet teologiczny Watykanu, wyraża tę samą troskę o własne zbawienie. Nowojorski kardynał O'Connor wyjaśnił dziennikowi New York Times: „Kościół naucza, że w danym, konkretnym momencie nie wiem, jaki będzie mój los w wieczności. Mogę żywić nadzieję, modlić się, czynić, co tylko w mojej mocy - ale wiedzieć tego nie mogę. Papież Jan Paweł II nie wie z absolutną pewnością, że znajdzie się w niebie, nie wie też tego Matka Teresa z Kalkuty...” Ta ostatnia wyraziła w tej sprawie swą kruchą nadzieję w roku 1993, podczas Prezydenckiego Śniadania Modlitewnego:

,,Podróże po całym świecie - i w rozgłosie - to jedna z najbardziej wyczerpujących mnie spraw. Powiedziałam Jezusowi, że jeśli już nie miałabym pójść do nieba z innego powodu, to powinnam się tam znaleźć przynajmniej za te wszystkie podróże w rozgłosie, gdyż to oczyściło mnie i uświęciło, i uczyniło mnie naprawdę gotową na niebo."

Pewien lekarz, od urodzenia katolik, napisał do kardynała O'Connora, wskazując, że jego wypowiedź o niepewności nieba kłóci się z absolutną pewnością, jaką Biblia oferuje wszystkim, którzy „uwierzą w Pana Jezusa” (Dz 16,31). Doktor mówi: „Kiedy pokazałem naszemu proboszczowi artykuł O'Connora i mój list do niego, odebrano mi moją szóstą klasę, którą uczyłem religii. [...] Kiedy się odkryje jasne poselstwo Biblii [...] staje się ono przeszkodą w dalszym pozostawaniu katolikiem”.

Każdy - czy to katolik, czy protestant - kto nadzieję na swe zbawienie pokłada w czymś jeszcze (jak swoja zdolność do wierności Chrystusowi, dobre uczynki, sakramenty, modlitwy, rytuały) jako uzupełnieniu ofiary Chrystusa na krzyżu za nasze grzechy, nie uwierzył obietnicy Chrystusowej. Odrzucił Słowo Boży, wyparł się Ewangelii. Jakże ktokolwiek, kto prawdziwie pojmuje Ewangelię, mógłby wątpić w Chrystusową moc zbawiania?!

Oto zaledwie kilka spośród licznych obietnic zawartych w Piśmie Świętym. Wierzmy w nie, przyjmijmy dar Jego łaski, radujmy się pewnością, którą On nam dał:

„To napisałem wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli [obecnie], że macie [już teraz] żywot wieczny” (1 J 5,13).

„Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim” (J 3,36).

„Owce Moje głosu Mojego słuchają i Ja znam je, a one idą za Mną. I Ja daję im żywot wieczny, i nie giną na wieki, i nikt nie wydrze ich z ręki Mojej” (J 10,27-28)

Artykuł pochodzi ze strony: http://www.tiqva.pl/bezdroa-bdu/121-nadzieja-ewangelii

Komentarze

Popularne posty